Grupa kuracjuszy przed źródłem „Naftusia” w Truskawcu przed 1939 r. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Do Truskawca przyjeżdżało się z zaleceniem lekarza, ale bardzo szybko okazywało się, że kuracja jest tylko częścią pobytu. Rano szło się po Naftusię, później na zabiegi i spacer po parku, a wieczorem do kawiarni, na koncert albo dancing. Leczenie miało tu własny rytm, ale równie ważne były spotkania, stroje, rozmowy i życie towarzyskie. Największą sławę przyniosła miejscowości Naftusia – woda o charakterystycznym smaku i zapachu, której przypisywano właściwości lecznicze. To wokół niej wyrósł jeden z najbardziej rozpoznawalnych kurortów II Rzeczypospolitej.
To kolejny tekst z cyklu „Tam, dokąd jechała cała Polska. Reportaże z wakacyjnej mapy II Rzeczypospolitej” – opowieści o miejscach, w których przedwojenna Polska odpoczywała, leczyła się, bawiła i budowała własne wyobrażenie nowoczesnych wakacji.
Kurort zbudowany wokół źródeł
Historia uzdrowiska była znacznie starsza niż II Rzeczpospolita. Za początek zorganizowanej działalności kuracyjnej przyjmuje się rok 1827, kiedy urządzono pierwsze pomieszczenia do kąpieli mineralnych. W następnych dziesięcioleciach badano miejscowe wody, rozbudowywano zakład zdrojowy i stawiano kolejne budynki dla gości. Szczególne znaczenie miały badania lwowskiego farmaceuty i chemika Teodora Torosiewicza, który w pierwszej połowie XIX wieku analizował miejscowe źródła. Jednym z nich była woda nazywana później Naftusią.
Jej nazwa dobrze pasowała do krajobrazu tej części Galicji. Niedaleko znajdowały się Drohobycz i Borysław – jeden z najważniejszych ośrodków przemysłu naftowego w Europie. Z ziemi wydobywano ropę, ozokeryt i sól. Pod ziemią znajdowały się także wody mineralne. To niezwykłe sąsiedztwo przemysłu i uzdrowiska stało się częścią historii Truskawca. Niedaleko szybów naftowych, kopalń i rafinerii rozwijał się kurort, który reklamował ciszę, czyste powietrze i zdrowie.
Pod koniec XIX wieku Truskawiec miał już własne wille, zakład kąpielowy, park i infrastrukturę pozwalającą porównywać go z innymi znanymi uzdrowiskami monarchii austro-węgierskiej. Prawdziwy skok miał jednak dopiero nastąpić.

Truskawiec przed 1939 r. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Jedną z najważniejszych postaci w historii kurortu był Rajmund Jarosz – przedsiębiorca, samorządowiec i późniejszy burmistrz Drohobycza. W 1911 roku stanął na czele spółki związanej z uzdrowiskiem i rozpoczął jego modernizację. Truskawiec miał przestać być miejscem znanym przede wszystkim mieszkańcom Galicji. Miał stać się marką. Rozbudowywano infrastrukturę, elektryfikowano uzdrowisko, inwestowano w park i nowe obiekty. Szczególnie ważna była kolej. W 1912 roku miejscowość uzyskała dogodne połączenie kolejowe, dzięki któremu kuracjusz mógł przyjechać tu ze Lwowa, Krakowa, Warszawy czy Poznania znacznie łatwiej niż wcześniej.
Po pierwszej wojnie światowej Truskawiec znalazł się w granicach II Rzeczypospolitej. Wojna zahamowała rozwój, ale nie zniszczyła jego reputacji. W latach dwudziestych i trzydziestych liczba przyjezdnych szybko rosła. Przyjeżdżali przede wszystkim z dużych miast: Warszawy, Lwowa, Krakowa, Łodzi i Poznania. Mapa Polski prowadziła do źródła.
Rano szło się po Naftusię
Kurort miał własny zegar. Nie wyznaczały go godziny odjazdu pociągów ani początek pracy. Wyznaczały go zabiegi, posiłki i kolejne porcje wody. Rano alejki zaczynały wypełniać się kuracjuszami zmierzającymi do źródeł. Jedni szli energicznie, inni powoli. Niektórzy przyjechali naprawdę chorzy. Inni chcieli poprawić kondycję, odpocząć albo po prostu spędzić lato w miejscu, o którym mówiło się w Warszawie i Lwowie. W rękach trzymali szklanki i charakterystyczne naczynia do picia wód mineralnych. Najważniejsza była Naftusia.

Kuracjusze przed źródłem „Naftusia” w Truskawcu, 1926 (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Nie smakowała jak zwykła woda. Jej specyficzny zapach i posmak przywoływały skojarzenia z ropą naftową, czemu zawdzięczała swoją nazwę. Przedwojenne przewodniki i reklamy przypisywały jej działanie pomocne między innymi przy schorzeniach dróg moczowych i zaburzeniach przemiany materii. Inne źródła – „Józia”, „Maria”, „Zofia”, „Bronisława” czy „Barbara” – zalecano przy kolejnych dolegliwościach.
Kuracjusz poruszał się więc po uzdrowisku według wskazówek lekarza. Picie wody nie było jednak tylko procedurą medyczną. Było wydarzeniem towarzyskim. Przy źródłach spotykano znajomych. Rozmawiano. Obserwowano nowych gości. Oceniano stroje. Umawiano się na spacer, koncert albo wieczorne spotkanie. Zdrowie miało swój rytuał.
Po wodzie przychodziła pora na zabiegi. Truskawiec oferował kąpiele solankowe, siarczane i borowinowe. Stosowano inhalacje i różne formy hydroterapii. Rozbudowywano urządzenia balneologiczne. Reklamy dokładnie wymieniały choroby, na które kuracja miała pomagać. Uzdrowisko chciało uchodzić za miejsce nowoczesne, w którym natura współpracuje z medycyną. Nie wszystko jednak odbywało się w gabinecie. Lekarstwem miał być także ruch.
Spacerowano po parku zdrojowym. Szło się do bardziej oddalonych źródeł. Wyruszano na Pomiarki – teren położony poza ścisłym centrum uzdrowiska, gdzie urządzono kąpielisko ze sztuczną plażą. Można było tam pływać, korzystać ze słońca, grać w tenisa i spędzać czas znacznie swobodniej niż w otoczeniu pijalni.

Kąpielisko w Truskawcu, 1936 (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Na zachowanych fotografiach Truskawiec nie zawsze wygląda jak sanatorium. Czasem wygląda jak wakacyjny klub. Są stroje kąpielowe, leżaki, grupy młodych ludzi i uśmiechy pozujących do zdjęć. Recepta na zdrowie mogła więc wieczorem prowadzić na dancing.
Uzdrowisko, które chciało być eleganckie
Truskawiec nie sprzedawał wyłącznie wody. Sprzedawał styl życia. Wille i pensjonaty nosiły eleganckie nazwy, posiadały werandy, ogrody i jadalnie. Kuracjusz mógł wybierać między skromniejszą kwaterą a miejscem oferującym poziom odpowiadający zamożnym gościom z największych miast.
Jednym z najbardziej charakterystycznych budynków była willa „Goplana”, należąca do Rajmunda Jarosza. Drewniana architektura wielu truskawieckich willi tworzyła krajobraz, którego resztki można odnaleźć w mieście do dziś.
Był też Klub Zdrojowy. Były restauracje i kawiarnie. Przyjeżdżały teatry. Organizowano koncerty, przedstawienia, spotkania i dancingi. Sezon uzdrowiskowy stawał się równocześnie sezonem towarzyskim. Kilka tygodni pobytu oznaczało szansę na zawarcie znajomości z ludźmi, których w zwykłym życiu nigdy by się nie spotkało. Na deptaku mieszały się zawody, majątki i adresy. Profesor mógł iść obok kupca. Urzędnik obok artysty. Warszawianka obok lwowianki. Wszyscy mieli przy sobie szklankę.

Kuracjusze w Truskawcu, 1930 (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
W uzdrowisku łatwo było zapomnieć, gdzie kończy się leczenie, a zaczynają wakacje. Zalecany przez lekarza spacer po parku był przecież także okazją do pokazania nowej sukni. Koncert orkiestry można było uznać za element odpoczynku, ale równie dobrze za wydarzenie towarzyskie. Wycieczka na Pomiarki służyła zdrowiu, lecz zdjęcia robione nad kąpieliskiem bardziej przypominały fotografie z letniska niż dokumentację medyczną.
To właśnie było jednym z sekretów sukcesu przedwojennych uzdrowisk. Choroba nie musiała wyglądać jak choroba. Kuracja mogła być podróżą. Truskawiec pozwalał na kilka tygodni opuścić codzienność bez poczucia, że traci się czas. Przecież pobyt został zalecony dla zdrowia. Askoro już trzeba było wypoczywać, można było robić to elegancko.
Mekka elit
Mimo niedostatków, Truskawiec upodobały sobie polskie elity. Przechadzając się po miasteczku można było spotkać Juliana Tuwima, Brunona Schulza albo Eugeniusza Bodo. „Naftusią” leczyli się Wincenty Witos czy Józef Piłsudski. W Truskawcu gorący romans przeżyła Zofia Nałkowska, a Jan Kiepura spacerował po kurorcie ze swoją narzeczoną i przyszłą Miss Polonia, Zofią Batycką.
Nie wszyscy byli kuracjuszami
Pocztówki pokazują zwykle tych, którzy przyjechali. Znacznie rzadziej tych, którzy czekali na nich przez cały sezon. Za wygodą letników stała praca mieszkańców: właścicieli pensjonatów, kucharek, pokojówek, tragarzy, dorożkarzy, restauratorów, lekarzy, ogrodników, kupców i kolejarzy.

Grupa kuracjuszy w Truskawcu, 1929 (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Truskawiec nie był dekoracją ustawioną dla gości. Był miejscowością pogranicza, położoną w regionie zamieszkanym przez Polaków, Ukraińców i Żydów. Uzdrowiskowy świat tworzyli ludzie należący do różnych społeczności, wyznań i języków. Letnik mógł tego nie zauważyć. Przyjeżdżał z biletem kolejowym, zamówionym pokojem i zaleceniem picia Naftusi. Dla niego Truskawiec zaczynał się wraz z sezonem i kończył w dniu powrotu do domu. Dla mieszkańców sezon był pracą. A kurort – domem.
Ostatni sezon
W 1939 roku uzdrowisko nadal działało. Reklamy zachęcały do przyjazdu. Oferowano kąpiele, zabiegi, spacery i kuracje wodami mineralnymi. Pensjonaty czekały na gości.
Europa tymczasem czekała na wojnę. Latem można było jeszcze spacerować po parku i wierzyć, że życie będzie wyglądało tak samo także za rok. Nie wyglądało. Po agresji Związku Sowieckiego we wrześniu 1939 roku Truskawiec znalazł się pod okupacją sowiecką. Prywatny świat pensjonatów i przedsiębiorstw zaczął być podporządkowywany nowemu systemowi.
Po niemieckim ataku na Związek Sowiecki miejscowość znalazła się pod okupacją niemiecką. Wojna przyniosła zagładę miejscowej społeczności żydowskiej, represje, przesiedlenia i rozpad świata społecznego, który przez dziesięciolecia budował uzdrowisko.

Willa „Goplana” w Truskawcu przed 1939 rokiem (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Po 1944 roku Truskawiec ponownie znalazł się w granicach Związku Sowieckiego. Kurort pozostał. Ale jego goście byli już inni.
Po wojnie dawne prywatne pensjonaty i wille włączono w radziecki system lecznictwa sanatoryjnego. Truskawiec rozbudowywano jako duży ośrodek uzdrowiskowy. Powstawały nowe sanatoria, zakłady lecznicze i wielkie obiekty przyjmujące kuracjuszy z różnych części Związku Sowieckiego.
Skala się zmieniła. Przedwojenny świat niewielkich willi i pensjonatów został częściowo przykryty architekturą dużych kompleksów sanatoryjnych. Nie zniknęło jednak to, od czego wszystko się zaczęło. Źródła.
Naftusia nadal płynie
Dzisiejszy Truskawiec – pozostaje uzdrowiskiem. Nadal działają pijalnie wód mineralnych, sanatoria, hotele i centra lecznicze. Nadal przyjeżdża się tutaj po Naftusię. W mieście można odnaleźć także fragmenty starszego krajobrazu.
Zachowały się dawne wille. Istnieje park zdrojowy. W willi „Goplana” mieści się dziś muzeum ukraińskiego artysty Mychajły Biłasa. Można więc stanąć przed budynkiem, który przed wojną należał do człowieka współtworzącego wielką karierę Truskawca, i patrzeć na miasto, które nadal żyje z tej samej idei.
Najbardziej niezwykłe jest to, że jego rytuał picia Naftusi przetrwał. Przed dziewięćdziesięciu laty kuracjusz napełniał ją Naftusią, wychodził na deptak i zaczynał kolejny dzień leczenia. Dzisiaj można zrobić niemal to samo. I być może właśnie dlatego historię Truskawca najłatwiej opowiedzieć nie przez wielkie budynki ani nazwiska sławnych gości, lecz przez jedną szklankę.
Nie ma już tamtego kurortu. Pozostał jednak jego smak.
Opracowała Karolina Szostak
