Fragment jednej z ulic Jaremcza. Samochody i dorożki przypominają, że „Perła Karpat” była już w latach międzywojennych pełnoprawnym kurortem (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
W dwudziestoleciu międzywojennym Jaremcze było czymś więcej niż modnym górskim letniskiem. Nazywane „Perłą Karpat”, przyciągało letników, turystów, artystów i ludzi szukających zdrowego powietrza z całej Polski. Przyjeżdżano tu dla Prutu, wodospadu, górskich wycieczek i Huculszczyzny, która dla mieszkańca Warszawy czy Poznania mogła wydawać się krainą niemal egzotyczną.
To kolejny tekst z cyklu „Tam, dokąd jechała cała Polska. Reportaże z wakacyjnej mapy II Rzeczypospolitej” – opowieści o miejscach, w których przedwojenna Polska odpoczywała, leczyła się, bawiła i budowała własne wyobrażenie nowoczesnych wakacji.
Kiedy pociąg zostawiał za sobą Delatyn, krajobraz zaczynał się zamykać. Równiny znikały. Tory coraz częściej trzymały się Prutu, który raz pojawiał się tuż pod oknami wagonów, a za chwilę ginął między skałami i świerkami. Zbocza podchodziły bliżej. Rzeka pieniła się na kamieniach. W oddali pojawiały się pierwsze wille, drewniane dachy i jasne elewacje pensjonatów.
Tu właśnie zaczynały się Karpaty. I zaczynało się Jaremcze.
Kolej, która otworzyła góry
Bez kolei prawdopodobnie nie byłoby wielkiej kariery Jaremcza. Linia prowadząca przez dolinę Prutu powstała w latach 1892-1895 i połączyła Galicję Wschodnią z terenami po drugiej stronie Karpat. Odcinek ze Stanisławowa w kierunku Woronienki prowadził przez wyjątkowo trudny teren – nad rzekami, przez skalne przełomy, tunele i górskie doliny. Za projekt trasy odpowiadał polski inżynier Stanisław Kosiński.

Most kolejowy nad Prutem w Jaremczu – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli kurortu (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Najbardziej spektakularnym elementem tej drogi stał się jaremczański wiadukt nad Prutem. Muzeum Kresów w Lubaczowie, opierając się na zachowanej dokumentacji, przypisuje jego plany inżynierowi Zygmuntowi Kulce. Centralny kamienny łuk miał około 65 metrów rozpiętości. Była to budowla, którą oglądało się tak samo jak wodospad. W 1907 roku reporter „Kuriera Stanisławskiego”, stojąc poniżej wiaduktu, nazwał go dziełem „technika – poety”. Nad głową przejeżdżał właśnie pociąg, a kamienny łuk obejmował rzekę niczym rama ogromnego obrazu. Pociąg wjeżdżający na most pojawiał się na pocztówkach, fotografiach i w przewodnikach. Technika, która miała jedynie umożliwić dotarcie w góry, sama stała się atrakcją.
Kurort wyrósł wokół stacji
Już w 1913 roku wydano osobny przewodnik zatytułowany „Miejscowość klimatyczna Jaremcze”. Na karcie tytułowej podawano wysokość 525 metrów nad poziomem morza. Sam fakt, że niewielka miejscowość doczekała się własnego przewodnika, pokazuje, jak szybko jej nazwa zaczęła funkcjonować jako turystyczna marka. Po pierwszej wojnie światowej, kiedy Jaremcze znalazło się w granicach II Rzeczypospolitej, rozwój przyspieszył.
Powstawały wille, pensjonaty, restauracje i domy dla letników. Według zestawień przywołujących dane z 1937 roku Jaremcze miało wówczas dwa hotele, 44 pensjonaty i 56 willi, a w ciągu roku przyjmowało około dziesięciu tysięcy gości. Wśród nazw pojawiały się „Warszawianka”, „Morskie Oko”, „Raj” i „Przystań”. Nazwy nie były przypadkowe. Już sam szyld miał przekonywać, że po wyjściu z pociągu zaczyna się kilka tygodni życia innego niż codzienność. Przy dworcu działał hotel Franciszka Hanusa reklamowany jako „pierwszorzędny hotel, restauracja i dancing-bar”. Po drugiej stronie ulicy gości przyjmował hotel i restauracja Bolesława Skrzyńskiego. Można więc było wysiąść z wagonu, oddać walizkę tragarzowi, przejść kilkadziesiąt kroków i właściwie od razu znaleźć się w samym środku kurortowego życia. Było to Jaremcze, które chciało być jednocześnie górskie i eleganckie.
Dzień miał rytm Prutu
Rano wychodziło się nad rzekę. Prut nie płynął spokojnie jak Dniestr pod Zaleszczykami. Był głośny, zimny i niespokojny. Uderzał w kamienie, wciskał się między skały, tworzył progi i wiry. Rzeka była nie tylko elementem krajobrazu. Była częścią wakacji. Jednym z obowiązkowych punktów spaceru był wodospad na Prucie – dzisiejszy Probiy. W okresie międzywojennym należał do najczęściej fotografowanych miejsc w Jaremczu. Dalej można było ruszyć do Kamienia Dobosza, na Skały Dobosza, Makowicę albo w stronę coraz poważniejszych szlaków prowadzących w Gorgany.

Kamień Dobosza przy torach kolejowych, maj 1933 roku (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Ferdynand Antoni Ossendowski w wydanej w 1936 roku „Huculszczyźnie. Gorganach i Czarnohorze” prowadził czytelnika właśnie z biegiem Prutu. Jaremcze nazywał „wspaniałym letniskiem wypoczynkowym”, które szybko się rozrastało. Podkreślał wodospad, przełom rzeki, Kamień Dobosza i możliwości bliższych oraz dalszych wycieczek. Nie trzeba było zdobywać Howerli, żeby mieć poczucie pobytu w górach. Czasem wystarczało wyjść z pensjonatu.
Między dancingiem a wodospadem
Najciekawsze w Jaremczu było połączenie dwóch pozornie niepasujących do siebie światów. Z jednej strony las, skały, Prut i wyprawy w góry. Z drugiej – białe obrusy, restauracje, dancing, kawiarnie i pensjonatowe werandy. Przed południem można było spacerować nad rzeką. Po obiedzie odpoczywać w ogrodzie. Wieczorem wrócić do hotelu, gdzie grała muzyka. Nie każdy gość Jaremcza był wytrawnym turystą. Nie każdy przyjeżdżał z plecakiem. Wielu chciało po prostu przez kilka tygodni oddychać górskim powietrzem, spacerować po łatwych trasach i oglądać Karpaty z bezpiecznej odległości werandy. Ossendowski zwracał nawet uwagę, że Jaremcze nie było najlepszym miejscem dla narciarzy – ci wybierali przede wszystkim Worochtę i inne tereny o dogodniejszych stokach. Za to dla turystów pieszych miejscowość oferowała niemal wszystko: od krótkich spacerów po wyprawy na górskie szczyty. To ważne rozróżnienie. Jaremcze nie było drugim Zakopanem. Miało własny charakter.
Huculszczyzna na wyciągnięcie ręki
Ale góry nie były jedynym magnesem. Przyjeżdżano także po Huculszczyznę. Dla mieszkańca Warszawy, Łodzi czy Poznania była to jedna z najbardziej odmiennych kulturowo części własnego państwa. Stroje, muzyka, drewniane cerkwie, wyroby rzemieślnicze, konie, pasterstwo i język regionu trafiały do przewodników, gazet i materiałów reklamowych. W latach trzydziestych państwo i organizacje turystyczne świadomie promowały Huculszczyznę jako jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów II Rzeczypospolitej. Organizowano Święta Huculszczyzny, rozwijano infrastrukturę, znakowano szlaki i przedstawiano Karpaty Wschodnie jako konkurencję dla Tatr. W tej polityce turystyka mieszała się z krajoznawstwem, gospodarką, a także z próbą silniejszego związania regionu z państwem.
Dla letnika wszystko to wyglądało znacznie prościej. Kupował drewnianą pamiątkę. Fotografował Hucuła. Wysyłał pocztówkę. Wracał do pensjonatu. Dla mieszkańców nie była to jednak dekoracja. Było to ich codzienne życie.

Jaremcze, województwo stanisławowskie, lata 1918-1939 (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
To ważne, bo Jaremcze bardzo łatwo zamienić w pocztówkę. Most. Wodospad. Hucuł w stroju ludowym. Drewniana willa. Prut. Taki obraz sprzedawano w tysiącach egzemplarzy, ale za nim znajdowali się konkretni ludzie: mieszkańcy wsi i miasteczek, właściciele pensjonatów, przewodnicy, kolejarze, kupcy, restauratorzy, rzemieślnicy. Ślady tej różnorodności odnajdujemy nawet w historii samych pocztówek. Jednymi z najważniejszych wydawców kartek przedstawiających Jaremcze była żydowska rodzina Hellerów z pobliskiej Nadwórnej. Prowadzili „Księgarnię Nakładową”, a Lazar Heller wykonywał fotografie krajobrazów, Hucułów i najbardziej charakterystycznych miejsc regionu. W 1932 roku firma wydała między innymi pocztówki przedstawiające most kolejowy nad Prutem oraz Kamień Dobosza. Dzięki nim letnik mógł kupić za kilka groszy gotowy obraz swoich wakacji. Na odwrocie wystarczyło napisać: „Pozdrowienia z Jaremcza”. I wysłać Karpaty do domu.
Miejsce miało wiele języków
Turystyczny obraz Jaremcza był w dużej mierze tworzony dla polskiego odbiorcy, ale samo miejsce nie było jednorodne. Karpaty Wschodnie były przestrzenią spotkania wielu tradycji i społeczności. Żyli tu miejscowi Huculi i inni ruscy/ukraińscy mieszkańcy, Polacy oraz Żydzi. Turystyka dodawała do tego jeszcze sezonową warstwę przyjezdnych z największych miast kraju. Na ulicy spotykały się więc eleganckie stroje letników z ubiorem mieszkańców gór. Obok rzymskokatolickiego kościoła istniał świat drewnianych cerkwi. Obok pensjonatu działał sklep, warsztat, gospodarstwo i kolej.
Pod koniec lat trzydziestych Jaremcze należało do najbardziej rozpoznawalnych letnisk Karpat Wschodnich. Miało przede wszystkim własną opowieść. To właśnie z niej wzięła się „Perła Karpat”. Nie było to miejsce dzikie w takim sensie, w jakim przedstawiały je czasem reklamy. Do dworca przyjeżdżały samochody i dorożki, obok działały restauracje, a goście mogli nocować w komfortowych pensjonatach. Ale wystarczyło odejść kilka kilometrów. Kończyła się ulica, wille i zaczynał się las. I ta bliskość była największym kapitałem Jaremcza.
Ostatnie lato
Latem 1939 roku pociągi nadal przywoziły gości. Pensjonaty przyjmowały letników. Prut nadal szumiał pod mostem. Nic na wakacyjnej pocztówce nie zapowiadało, że świat, który ją stworzył, za kilka tygodni przestanie istnieć.

Jaremcze: widok ogólny, 1925 r. (Fot. Polona.pl)
We wrześniu 1939 roku Jaremcze znalazło się w granicach Związku Radzieckiego. W czerwcu 1941 roku do Jaremcza wkroczyły wojska niemieckie. Wojna przyniosła zniszczenia zabudowy kurortowej, represje, wywózki mieszkańców na roboty przymusowe i rozpad świata, który funkcjonował tutaj przed 1939 rokiem. Wojna zniszczyła również wiele materialnych symboli dawnego kurortu. Najbardziej spektakularny miał zniknąć pod sam jej koniec.
Pierwszy wielki wiadukt nad Prutem został uszkodzony już podczas pierwszej wojny światowej. Środkową część wysadzono w 1917 roku. Po odzyskaniu niepodległości konstrukcję odbudowano i od 1927 roku pociągi ponownie przejeżdżały przez dolinę na wysokim łuku. W 1944 roku most został zniszczony ponownie. Tym razem dawnej formy już nie odtworzono. Powojenna przeprawa otrzymała inną, znacznie prostszą konstrukcję. Zniknął gigantyczny kamienny łuk, pod którym reporter przed laty widział połączenie techniki i poezji. To jeden z najbardziej wymownych symboli historii Jaremcza. Prut pozostał. Kolej pozostała. Pociągi nadal przejeżdżają nad doliną. Tylko rama obrazu jest już inna.
Po drugiej stronie fotografii
Po wojnie Jaremcze znalazło się w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Granica państwa przesunęła się daleko na zachód. Dawni letnicy z Warszawy czy Krakowa stracili miejsce, do którego przed wojną mogli kupić zwykły krajowy bilet kolejowy. Zmieniła się własność budynków. Zmieniły się ich funkcje. Zmienił się język szyldów. Nie dało się natomiast zmienić Prutu, gór i układu doliny. Dlatego na współczesnej fotografii Jaremcza można czasem rozpoznać przedwojenny kadr, nawet jeżeli brakuje w nim najważniejszego budynku albo mostu.
Dzisiejsze Jaremcze – ukraińskie Яремче, Yaremche – nadal jest jednym z najważniejszych ośrodków turystycznych ukraińskich Karpat. W 2026 roku Związek Miast Ukrainy określa miejscową turystykę i hotelarstwo jako podstawę gospodarki gminy. Miasto jest także siedzibą administracji Karpackiego Narodowego Parku Przyrodniczego. Nadal można zobaczyć wodospad Probiy. Nadal istnieją szlaki prowadzące na Makowicę i do miejsc związanych z legendą Dobosza. Nadal przez miasto biegnie kolej. Nie ma dawnego kamiennego wiaduktu. Nie ma przedwojennego świata pensjonatów w takiej formie, w jakiej oglądali go letnicy. Ale kiedy patrzymy na fotografie sprzed dziewięćdziesięciu lat, najbardziej zaskakuje nie to, jak wiele zniknęło. Najbardziej zaskakuje to, ile można jeszcze rozpoznać.
Rzeka nadal przebija się przez skały. Góry nadal zamykają dolinę. Pociąg nadal wjeżdża do Jaremcza. I być może dlatego spośród wszystkich miejsc przedwojennej wakacyjnej mapy właśnie tutaj najłatwiej zrozumieć, jak niewiele czasem potrzeba, żeby krajobraz stał się marzeniem całego kraju. Wystarczyła kolej. Pensjonat nad Prutem. Kilka tygodni wolnego. I pocztówka wysłana do domu: „Pozdrowienia z Jaremcza”.
Opracowała Karolina Szostak
