Grupa letników nad Dniestrem (Fot. Biblioteka Narodowa)
W dwudziestoleciu międzywojennym Zaleszczyki były czymś więcej niż modnym letniskiem. Reklamowane jako „polska riwiera”, przyciągały kuracjuszy, urzędników, artystów i polityków z całego kraju. Jechało się tam długo, często ponad dobę, ale już sama podróż na południowy kraniec II Rzeczypospolitej stawała się częścią wakacyjnego rytuału.
To drugi tekst z cyklu „Tam, dokąd jechała cała Polska. Reportaże z wakacyjnej mapy II Rzeczypospolitej” – opowieści o miejscach, w których przedwojenna Polska odpoczywała, leczyła się, bawiła i budowała własne wyobrażenie nowoczesnych wakacji.
Kiedy pociąg zostawiał za sobą Kołomyję, podróżni zaczynali wypatrywać lata. Skład zwalniał, a za oknami pojawiały się sady, pola tytoniu i łagodne wzgórza Podola. W wagonach robiło się duszno. Zdejmowano marynarki, uchylano okna, szukano odrobiny powietrza.
Kto wyjechał z Warszawy, Poznania albo chłodnego wybrzeża, mógł mieć wrażenie, że pociąg nie tylko przemierza kraj, lecz także zmienia porę roku. Im dalej na południe, tym bardziej krajobraz i temperatura przypominały obietnicę zapisaną w turystycznych prospektach.

Panorama Zaleszczyk z mostem drogowym i kolejowym (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Dla wielu podróżnych sam przyjazd był częścią przedstawienia. Po ponad dobie spędzonej w wagonie wychodzili na peron i trafiali w powietrze wyraźnie cieplejsze od tego, które zostawili na północy. Właśnie od tego pierwszego oddechu zaczynała się legenda Zaleszczyk.
Na końcu drogi czekało niewielkie miasto niemal otoczone Dniestrem, położone w głębokiej kotlinie i osłonięte wysokimi zboczami. Przed wojną nazywano je „polską riwierą”, „miastem słońca” i „jasnym brzegiem Polski”. Każde z tych określeń było częścią starannie budowanej reklamy. W każdym kryła się jednak także odrobina prawdy.
Tam, gdzie zaczynało się południe
Najważniejszą atrakcją Zaleszczyk było ich położenie. Dniestr zataczał wokół miasta szeroki łuk w kształcie podkowy. Z góry Zaleszczyki wyglądały jak półwysep, który rzeka prawie odcięła od reszty Podola. Po drugiej stronie wznosiły się strome, zalesione zbocza należące wówczas do Rumunii. Naturalne ściany jaru chroniły miasto przed wiatrami, a nagrzane skały i tafla rzeki wzmacniały działanie słońca.
Józef Schwartz, autor przewodnika z 1931 roku, pisał, że średnia temperatura lipca wynosiła tu 20,5 stopnia, a października 9,6 stopnia. Sezon leczniczy można było zaczynać w kwietniu i przedłużać nawet do końca października. Jednocześnie przyznawał, że miejscowa stacja meteorologiczna działała dopiero od 1926 roku, więc materiał obserwacyjny był jeszcze skromny. Już wówczas reklama i nauka szły zatem obok siebie, ale nie zawsze tym samym krokiem.

Grand Hotel „König von Ungarn” w Zaleszczykach (Fot. Wikimedia Commons)
Zaleszczyki nie miały źródeł mineralnych, które zbudowały sławę Truskawca czy Morszyna. Ich lekarstwem miały być słońce, ciepła woda Dniestru, powietrze, odpoczynek i dieta oparta na miejscowych owocach. Było to uzdrowisko stworzone nie wokół zdroju, lecz wokół pogody.
Kurort powstały z ruin
Pocztówki pokazywały miasto jasne, spokojne i nowoczesne. Rzadziej przypominano, że jego kariera wyrosła z wojennych zniszczeń.
Pierwsza wojna światowa ciężko doświadczyła Zaleszczyki. Miasto zostało złupione, część mieszkańców wysiedlono, a dawne szlaki handlowe przecięła nowa granica. Po odzyskaniu niepodległości Zaleszczyki znalazły się na południowo-wschodnim krańcu Polski. Dniestr, przez stulecia łączący ludzi i towary, stał się granicą z Rumunią.
Turystyka miała dać miastu nowe życie. Władze lokalne, przedsiębiorcy i organizacje krajoznawcze zaczęli budować markę miejscowości klimatycznej. Porządkowano brzegi, urządzano promenady, rozwijano noclegi i reklamowano miejscowe sady. Dzięki kolei odległe pograniczne miasto stało się osiągalne dla urlopowiczów z niemal całego kraju.
Na dworcu spotykały się dwa światy. Pierwszy przyjeżdżał z walizkami, w jasnych ubraniach i kapeluszach. Drugi czekał na miejscu: dorożkarze, właściciele pensjonatów, restauratorzy, kupcy, ogrodnicy i mieszkańcy wynajmujący pokoje. To oni mieli zamienić długą podróż w wygodne wakacje.

Pensjonat „Ustronie” (Fot. zal.te.ua)
Dzień w kurorcie miał własny rytm. Rano jadano śniadanie na werandzie lub w ogrodzie, potem schodzono nad rzekę. Po obiedzie następowała cisza, a późnym popołudniem wracały spacery, wizyty i muzyka. Ci, którzy szukali ruchu, grali w tenisa, wiosłowali albo wybierali się na wycieczkę. Inni po prostu siedzieli w wiklinowym koszu i obserwowali drugi brzeg. Wakacje nie miały tu polegać na pośpiechu. Ich największą obietnicą było właśnie to, że przez kilka tygodni można żyć wolniej.
Nazwy pensjonatów brzmiały jak gotowe obietnice: „Riwiera”, „Słoneczna”, „Morela”, „Lido”, „Neapol”, „Zacisze”. Można było zatrzymać się w eleganckim domu z pełnym wyżywieniem albo wynająć prosty pokój prywatny. Foldery informowały o około dwudziestu pensjonatach, schronisku turystycznym i kwaterach w domach otoczonych sadami. Pobyt nie był rozrywką wyłącznie dla najbogatszych, lecz kilkutygodniowe wakacje nadal wymagały pieniędzy. Pomagały zniżki kolejowe oraz tańsze noclegi przeznaczone dla grup szkolnych i wycieczek.
Dwie plaże i jedno wielkie słońce
Sercem kurortu były dwie plaże: Cienista i Słoneczna. Plaża Słoneczna znajdowała się w pobliżu mostu kolejowego. Prowadziła do niej promenada, przy której ustawiano ławki, wiklinowe kosze i leżaki. Brzeg był miejscami skalisty, dlatego część gości przychodziła tu nie tyle pływać, ile wystawiać się na słońce. Na fotografiach zachowanych w Narodowym Archiwum Cyfrowym widać tłum kuracjuszy, pomosty, parasole, przystań kajakową i pawilon nad rzeką.
Plaża Cienista miała więcej zieleni, łagodniejsze zejście do wody i piaszczyste fragmenty brzegu. Chętniej wybierały ją rodziny z dziećmi oraz osoby gorzej znoszące podolski skwar. Stał tam także duży termometr. Na jednym ze zdjęć z 1939 roku wskazówka przekracza 50 stopni – zapewne nagrzana bezpośrednim słońcem, ale na wakacyjnej pocztówce wyglądała jak dowód pobytu w niemal egzotycznym kraju.

Plaża Cienista nad Dniestrem (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Na plażach grała orkiestra, odbywały się zawody, festyny i pokazy. Można było wynająć łódź lub kajak, a wieczorem pójść do kawiarni, restauracji albo na dancing. Zaleszczyki umiały sprzedawać paradoks: były riwierą bez morza i „południem” położonym wewnątrz kontynentalnego państwa.
Miasto o smaku moreli
Kurort miał własny smak. Na straganach pojawiały się czereśnie, morele, brzoskwinie, melony, kawony, pomidory i papryka. Owoce dojrzewały wcześniej niż w wielu innych częściach kraju, a miejscowe sady nie były jedynie dekoracją dla letników. Ogrodnictwo stanowiło ważną gałąź gospodarki. Morele i pomidory ładowano do wagonów i wysyłano do odległych miast.
Jesień należała do winogron. Po zakończeniu głównego sezonu kąpielowego zaczynała się kuracja winogronowa. Jedzenie odmierzonych porcji owoców reklamowano jako sposób na poprawę zdrowia, a święto winobrania miało przedłużać ruch turystyczny do października.
W pochodach pojawiały się kosze owoców, kiście winogron i stroje ludowe. Było w tym coś z lokalnej tradycji, ale także wiele z nowoczesnego marketingu. Zaleszczyki nie czekały biernie na gości. Co roku przypominały całej Polsce, że kiedy nad Bałtykiem kończyło się lato, nad Dniestrem wciąż można było szukać słońca.
Nie tylko pocztówka
Najłatwiej zapamiętać Zaleszczyki jako obraz: plaża, jasne stroje, parasole i szeroki łuk rzeki. Za tym obrazem istniało jednak prawdziwe, wielokulturowe miasto.

Plaża nad Dniestrem na tle ściany jaru (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Żydzi stanowili największą grupę mieszkańców i odgrywali ważną rolę w funkcjonowaniu kurortu. Prowadzili sklepy, restauracje i zakłady usługowe, wynajmowali domy letnikom oraz dostarczali żywność do pensjonatów. Działały tu również polskie i ukraińskie instytucje religijne, oświatowe i społeczne. W mieście słychać było polski, jidysz i ukraiński.
Nie umniejsza to znaczenia przedwojennej turystyki. Przypomina jedynie, że letnicy nie przyjeżdżali do dekoracji. Przyjeżdżali do miasta, które żyło przez cały rok i którego mieszkańcy nie byli statystami w wakacyjnym przedstawieniu.
Granica jako atrakcja
Pobyt nad Dniestrem nie musiał oznaczać bezczynności. Zaleszczyki były punktem wyjścia wycieczek do Czerwonogrodu, Krzywcza, Okopów Świętej Trójcy i innych miejsc nadniestrzańskiego Podola. Jeżdżono samochodami, dorożkami, autobusami, a nawet chłopskimi wozami. Józef Schwartz radził wybierać wozy drabiniaste – mniej wygodne, ale tańsze i lepiej przystosowane do miejscowych dróg.
Szczególną atrakcją był drugi, rumuński brzeg. Rzekę przekraczano łodzią po załatwieniu formalności granicznych. Z wysokich zboczy można było zobaczyć całe miasto: plaże, ogrody, dachy pensjonatów, mosty i półwysep otoczony wodą.
Granica była jednocześnie przeszkodą i turystyczną osobliwością. Po jednej stronie leżała Polska, po drugiej Rumunia. Pomiędzy nimi płynął Dniestr, po którym w słoneczne dni krążyły łodzie.
Ostatnie lato
Latem 1939 roku pensjonaty nadal przyjmowały gości, a reklamy zapraszały nad „jasny brzeg Polski”. Pod koniec sierpnia wakacyjny rytm zaczął się jednak rozpadać. Mężczyźni otrzymywali karty mobilizacyjne, rodziny skracały pobyty, a na dworcu coraz częściej rozmawiano nie o pogodzie, lecz o wojnie.

Rynek w Zaleszczykach (Fot. JewishGen)
Po niemieckiej napaści miasto znalazło się na jednej z dróg prowadzących ku granicy rumuńskiej. Po ataku Związku Sowieckiego 17 września przybywali tu uchodźcy, żołnierze, urzędnicy i dyplomaci. Miejsce, do którego przez lata jechano po słońce, stało się miejscem pożegnania.
Z tamtymi wydarzeniami połączono później pojęcie „szosy zaleszczyckiej” – drogi, którą najwyższe władze państwa miały rzekomo uciec z kraju. To jeden z najbardziej trwałych mitów dotyczących września 1939 roku. Prezydent, rząd i naczelny wódz przekroczyli granicę w Kutach nad Czeremoszem, nie w Zaleszczykach. Przez okolice miasta ewakuowali się jednak wojskowi i cywile, dlatego nazwa kurortu na dziesięciolecia stała się symbolem klęski.
Ostatnie dni w Polsce spędziła tu Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Jej pożegnanie z krajem powróciło później w wierszu „Nitka Ariadny”, którego tytuł odwoływał się do zaleszczyckiego pensjonatu. Po przekroczeniu granicy poetka rozpoczęła emigracyjną drogę, z której już nie wróciła. Wakacyjny adres stał się ostatnim adresem w kraju.
Po drugiej stronie fotografii
Wojna zakończyła historię polskiego kurortu, ale tragedia miasta dopiero się zaczynała. Po wkroczeniu Armii Czerwonej Zaleszczyki znalazły się pod okupacją sowiecką. W lipcu 1941 roku miasto zajęli Niemcy. Rozpoczęły się prześladowania i mordy ludności żydowskiej. W grudniu 1941 roku na przedmieściach rozstrzelano setki osób. We wrześniu następnego roku pozostałych Żydów wysiedlono przede wszystkim do getta w Tłustem. Stamtąd większość deportowano do niemieckiego obozu zagłady w Bełżcu.

Panorama Zaleszczyk z pozostałościami zniszczonego mostu drogowego (Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Po wojnie Zaleszczyki znalazły się w granicach Związku Sowieckiego. Polscy mieszkańcy w większości wyjechali lub zostali przesiedleni. Zniknęły szyldy pensjonatów, nazwiska właścicieli, orkiestry i sezonowy gwar. Część budynków zmieniła przeznaczenie, inne popadły w ruinę. Pozostał Dniestr.
Rzeka pamięta najlepiej
Dzisiejsze Zaliszczyky nadal leżą w tym samym wielkim zakolu. Z wysokiego brzegu po przeciwnej stronie miasto wygląda podobnie jak na dawnych fotografiach: otoczone wodą, zielone, oddzielone od płaskowyżu wąskim pasem ziemi.
Zachowały się między innymi kościół św. Stanisława, pałac Brunickich z fragmentem parku, budynek dawnej synagogi oraz resztki historycznej zabudowy. Nie tworzą już jednak jednolitej scenerii przedwojennego kurortu. Są śladami kilku historii: polskiej, ukraińskiej i żydowskiej.
Kiedy oglądamy dawne zdjęcia, najłatwiej zauważyć to, co zniknęło: wiklinowe kosze, jasne stroje, orkiestrę i napisy na pensjonatach. Trudniej dostrzec ludzi stojących poza kadrem – tych, którzy prowadzili sklepy, uprawiali sady, obsługiwali letników i nazywali to miejsce domem.
Dlatego opowieść o Zaleszczykach nie jest wyłącznie historią utraconych wakacji. Jest także historią tego, jak kolej, reklama i fotografia potrafią zamienić pograniczne miasteczko w ogólnopolskie wakacyjne marzenie.
Opracował Artur Lipert
